8/10/2015

Rinjani, Lombok - Relacja z wyprawy na wulkan - Dzień pierwszy




W tle upragniony szczyt Rinjani, a w dole powulkaniczne jezioro Segara Anak i mniejszy wulkan Gunung Baru , Lombok, Indonezja.
Jestem na wyspach Gili (więcej przeczytasz tutaj) i cały czas spoglądam na oddaloną o zaledwie kilka kilometrów wyspę Lombok. Wyspa ta sprawia wrażenie niesamowicie ciekawej, nie tylko ze względu na górzyste tereny, które codziennie podziwiam o zachodzie słońca, ale przede wszystkim ze względu na drugi co do wielkości szczyt w Indonezji. Mowa tu oczywiście o wulkanie Rinjani. Odkąd o nim usłyszałam to wiedziałam, że nie może mnie tam zabraknąć, tym bardziej, że wulkan jest dla mnie prawie jak na wyciągnięcie ręki. Jest tylko jeden problem. Patrzę na te góry i codziennie widzę, że całkowicie skąpane są w deszczu i co najgorsze w burzy !

Nie ważne czy pada czy nie, zostało mi zaledwie kilka dni, maksymalnie tydzień zanim szlak będzie zamknięty na dobre ze względu na porę deszczową. Decyzja jest oczywista, brzmi : WCHODZĘ W TO i o godzinie 07.30 dnia następnego jestem już na łódce z Gili Air do Bangsal, niewielkiej wioski portowej na Lomboku. W Bangsal spotykam się z przemiłym kierowcą, który zabiera mnie do Senaru, wioski w której mam rozpocząć swoją wspinaczkę. Podróż autem trwa aż 1,5 h a ja w między czasie zachwycam się dzikością Lomboku i przygotowuję się psychicznie do 3 dniowej wyprawy. Prawda jest taka, że totalnie nie wiem jeszcze na co się piszę !



W Senaru zostawiam duży plecak i zabieram ze sobą tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Kolejno kierowca podwozi mnie do bram Narodowego Parku Rinjani i daje mi bilet wstępu. Wpisuję do wielkiej księgi swoje imię i nazwisko, po czym kierowca żegnając się oznajmia, że moja grupa, z którą mam się wspinać rozpoczęła wędrówkę jakieś 2 godziny temu.  Mówi też, jak gdyby nigdy nic, że mam iść prosto pod górę, i że za jakąś godzinę powinnam ich złapać. Jestem nieco zdziwiona i zastanawiam się dlaczego grupa na mnie nie poczekała, przecież nie byłam spóźniona, a cały transport odbył się tak jak to planowano.

Całe szczęście nie jestem sama, jest nas dwójka. Zaczynamy na wysokości 600 m.n.p.m. i idziemy gęstą dżunglą bez przewodnika w poszukiwaniu naszej grupy. Przez pierwszą godzinę zastanawiam się czy są tu jakieś niebezpieczne zwierzęta, ale takowych na pierwszy rzut oka nie widzę. Przez drugą godzinę intensywnej wspinaczki zastanawiam się czy moja grupa w ogóle istnieje i czy przypadkiem ktoś nie wysłał mnie do dżungli, żeby mnie po prostu okraść. Samotnie wspinamy się już ponad 2 godziny, a na szlaku nie spotykamy dosłownie nikogo. Nic dziwnego, że do głowy przychodzą mi same czarne myśli.

Jak na złość zaczyna lać i jak to na azjatycką ulewę przystało moknę cała, zanim zdążę nałożyć pelerynę. Pierwsze kilka minut ulewy jest znośne, ponieważ szlak mimo, że jest śliski, to jest do przejścia. Po 10 minutach szlak zmienia się w rwącą rzekę, w której jestem po kostki, ale nie poddaje się i idę dalej. Kolejno rwąca rzeka przypomina już lawinę błotną a wspinaczka robi się prawie niemożliwa. Żeby tego było mało, słyszę ogromny grzmot no i oczywistym jest, że wpadam w panikę ! Patrzę gdzie by tu uciec, ale wokół tylko dżungla więc przyspieszam tępo, a im więcej słyszę grzmotów i widzę błysków, tym szybciej idę ... prawie już biegnę pod tą stromą górę.

Po około 3 godzinach docieram do mojej grupy, stopy pływają mi w butach, ale jestem szczęśliwa, że ich odnalazłam. Ogrzewam się pijąc ciepłą herbatę i dowiaduję się, że niesamowicie szybko pokonałam trasę o długości 4,5 kilometrów, bo moja grupa również dopiero co przyszła a wyruszyli kilka godzin przede mną. Jestem padnięta, ale muszę szybko zregenerować siły, ponieważ jeszcze dziś czeka nas kolejne 5 km w górę. Obóz rozbijamy dopiero na wysokości 2600 m. n.p.m.  więc mamy jeszcze do pokonania długą i ciężką drogę.

Moja sympatyczna grupa, w której istnienie dość mocno wątpiłam w początkowych godzinach mojej wyprawy.

Po posiłku ruszamy dalej. Jest to dość trudna trasa, która trwa około 4 godziny. Ale tym razem pokonuję tą trasę z moją grupą więc nie martwię się, że się zgubię gdzieś po drodze. Jesteśmy coraz wyżej i zamiast gęstej dżungli podziwiam górskie, skaliste i ubogie w roślinność widoki. Około godziny 18, tuż przed zachodem słońca docieramy do jeziora powulkanicznego. Widoki zapierają dech w piersiach i całkowicie zapominam, że jest mi zimno, że jedyne buty, skarpetki i ciuchy jakie mam są całkowicie mokre oraz o tym, że okropnie obtarły mnie buty.


W drodze na wulkan Rinjani, w dole powulkaniczne jezioro Segara Anak, Lombok, Indonezja.
W tle upragniony szczyt Rinjani, a w dole mniejszy wulkan Gunung Baru, Lombok, Indonezja.
W drodze na wulkan Rinjani, wyspa Lombok, Indonezja. W tle widać 3 wyspy Gili oraz Bali.
W drodze na wulkan Rinjani, wyspa Lombok, Indonezja. 2 600 m.n.p.m.

Namioty są już rozbite, wkrótce zapadanie zmrok, a że robi się bardzo zimno i ciemno to idę spać. Zaczęliśmy naszą przygodę na 600 m.n.p.m. a obóz rozbijamy na 2 600 m.n.p.m. i muszę się Ci przyznać, że przebyte 10 kilometrów pod stromą górę w butach, które mnie obcierają przyprawiły mnie o łzy ... ale zasypiając i tak uśmiech nie schodzi mi z twarzy.


Baza I w drodze na wulkan Rinjani, wyspa Lombok, Indonezja. 2 600 m.n.p.m.
   
  
Myśleliście kiedyś aby wspiąć się na wulkan Rinjani ?
A być może macie już to za sobą ?!

Aleksandra M.

27-letnia podróżoholiczka z Kołobrzegu, która czerpie z życia ile się da. Chodzi z głową w chmurach i świadomie nie zamierza schodzić na Ziemię. :) Ma ogromną nadzieję, że post się podobał, i że zaraziła Cię choć troszkę miłością do podróżowania.

6 komentarzy:

  1. Witaj Aleksandro !!! Super wyprawa.Mnie kręci szczególnie dżungla i ten dreszczyk emocji co będzie za zakrętem. W Ekwadorze zdobylem trochę doświadczenia na wulkanach chociaż nie udało się zdobyć najwyższego-Chimborazo bo strasznie sie rozchorowalem.Już wiem ze następnym musi być Rinjani-dzięki Tobie. Pozdrawiam z USA -Marcin.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo za te miłe słowa ! Wulkany są super, i zgadzam się, że dodają dreszczyku emocji ! Ty marzysz o Rinjani a ja o USA więc trzymam kciuki za nas obu byśmy tam szybko dotarli ! :)

      Usuń
  2. Widząc Twoją zaciętość w dążeniu do celu (źle dobrane buty) ,jestem pewien, że wkrótce będziemy czytali jak idziesz przez Grand Canyon :).Niestety istnieje przepaść cenowa między Azją a Ameryką.Ale z tą różnicą sobie poradzisz (targowanie).W razie "w" może coś podpowiem.Pozdrawiam .

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki ! Mam nadzieję, że uda mi się pokonać tą przepaść cenową bo Grand Canyon jest zdecydowanie na mojej "to do list" ! :D

      Usuń
  3. Cześć Olu! Świetny wpis! Gratuluję zdobycia Rinjani! My planujemy odwiedzić Lombok z poczatkiem maja:) Czy mogłabyś zdradzić jaki jest koszt takiego 3-dniowego trekkingu?
    Pozdrawiam
    Asia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej Asiu ! Cena zależy tylko i wyłącznie od Twoich zdolności targowania się. :) Nas było 8 w grupie i każda osoba zapłaciła inną kwotę za dosłownie tą samą rzecz. Ja nie odpuszczam tak łatwo, więc za całość (łącznie z łódką z Gili na Lombook i taksówką przez połowę wyspy) zapłaciłam 1 000 000 IDR czyli ok. 300 zł, natomiast byli też tacy, którzy bez dojazdu, prostu z Lombooku, zapłacili 2 000 000 ID czyli 600 zł. Także jak sama widzisz, cena zależy od Ciebie :)

      Usuń

Copyright © 2017 MILES FROM HOME