Rinjani, Lombok - Relacja z wyprawy na wulkan - Dzień pierwszy




Jestem na wyspach Gili (więcej przeczytasz tutaj) i cały czas spoglądam na oddaloną o zaledwie kilka kilometrów wyspę Lombok. Wyspa ta sprawia wrażenie niesamowicie ciekawej, nie tylko ze względu na górzyste tereny, które codziennie podziwiam o zachodzie słońca, ale przede wszystkim ze względu na drugi co do wielkości szczyt w Indonezji. Mowa tu oczywiście o wulkanie Rinjani. Odkąd o nim usłyszałam to wiedziałam, że nie może mnie tam zabraknąć, tym bardziej, że wulkan jest dla mnie prawie jak na wyciągnięcie ręki. Jest tylko jeden problem. Patrzę na te góry i codziennie widzę, że są całkowicie skąpane w deszczu i co najgorsze w burzy.

Nie ważne czy pada czy nie, zostało mi zaledwie kilka dni, maksymalnie tydzień zanim szlak będzie zamknięty na dobre ze względu na porę deszczową. Decyzja jest po części głupia, po części oczywista, brzmi 'wchodzę w to' i o godzinie 07.30 dnia następnego jestem już na łódce z Gili Air do Bangsal, niewielkiej wioski portowej na północy Lomboku. W Bangsal spotykam się z przemiłym kierowcą, który zabiera mnie do Senaru, wioski w której mam rozpocząć trekking. Podróż autem trwa 1,5h a ja w między czasie zachwycam się dzikością Lomboku i przygotowuję się psychicznie do 3 dniowej wyprawy. Prawda jest taka, że totalnie nie wiem jeszcze na co się piszę.

W Senaru zostawiam duży plecak i zabieram ze sobą tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Kolejno kierowca podwozi mnie do bramy Narodowego Parku Rinjani i daje mi bilet wstępu. Wpisuję do wielkiej księgi swoje imię i nazwisko, po czym kierowca żegnając się oznajmia, że moja grupa, z którą mam robić ten trekking rozpoczęła wędrówkę jakieś 2 godziny temu. Mówi też, jak gdyby nigdy nic, że mam iść prosto pod górę, i że za jakąś godzinę powinnam ich złapać. Jestem nieco zdziwiona i zastanawiam się dlaczego grupa na mnie nie poczekała, przecież nie byłam spóźniona, a cały transport odbył się tak jak to planowano.

Całe szczęście nie jestem sama, jest nas dwójka. Zaczynamy na wysokości 600 m.n.p.m. i idziemy gęstą dżunglą bez przewodnika w poszukiwaniu naszej grupy. Przez pierwszą godzinę zastanawiam się czy są tu jakieś niebezpieczne zwierzęta, ale takowych na pierwszy rzut oka nie widzę. Przez drugą godzinę zastanawiam się czy moja grupa w ogóle istnieje i czy przypadkiem ktoś nie wysłał mnie do dżungli, żeby mnie po prostu okraść. Samotnie wędrujemy już tak ponad 2 godziny, a po naszej grupie nie ma żadnego śladu! Nic dziwnego, że do głowy przychodzą mi same czarne myśli.

Jak na złość zaczyna lać i jak to na azjatycką ulewę przystało moknę cała, zanim zdążę założyć pelerynę. Pierwsze kilka minut ulewy jest znośne, ponieważ szlak mimo, że jest śliski, to jest do przejścia. Po 10 minutach szlak zmienia się w rwącą rzekę, w której jestem po kostki, ale nie poddaje się i idę dalej. Kolejno rwąca rzeka przypomina już lawinę błotną a trekking robi się prawie niemożliwy. Żeby tego było mało, słyszę ogromny grzmot i natychmiast wpadam w panikę, bo boję się burzy. Patrzę gdzie by tu uciec, ale wokół tylko dżungla więc przyspieszam tempo, a im więcej słyszę grzmotów i widzę błysków, tym szybciej idę ... prawie już biegnę pod tą stromą górę.

Po około 3 godzinach docieram do mojej grupy, stopy pływają mi w butach, ale jestem szczęśliwa, że ich odnalazłam. Ogrzewam się pijąc ciepłą herbatę, rozmawiam z towarzyszami wyprawy i dowiaduję się, że niesamowicie szybko pokonałam trasę o długości 4,5 kilometrów, bo moja grupa również dopiero co przyszła a wyruszyli kilka godzin przede mną. Jestem padnięta, ale muszę szybko zregenerować siły, ponieważ jeszcze dziś czeka nas kolejne 5 km w górę. Obóz rozbijamy dopiero na wysokości 2600 m. n.p.m. więc mamy jeszcze do pokonania długą i ciężką drogę.


Moja sympatyczna grupa, w której istnienie dość mocno wątpiłam w początkowych godzinach mojej wyprawy / Archiwum prywatne

Po posiłku ruszamy dalej i jest to dość trudne i strome podejście, które trwa około 4 godziny. Ale tym razem pokonuję trasę z moją ekipą, więc nie muszę się martwić, że się zgubię gdzieś po drodze. Jesteśmy coraz wyżej i zamiast gęstej dżungli, moim oczom ukazują się górskie, skaliste i ubogie w roślinność widoki. Około godziny 18, tuż przed zachodem słońca, docieramy do wierzchołka krateru. Widoki zapierają dech w piersiach i całkowicie zapominam, że jest mi zimno, że jedyne buty, skarpetki i ciuchy jakie mam są całkowicie mokre oraz o tym, że mam obtarte stopy. 


W drodze na wulkan Rinjani, w dole powulkaniczne jezioro Segara Anak, Lombok, Indonezja / Archiwum prywatne
W tle upragniony szczyt Rinjani, a w dole mniejszy wulkan Gunung Baru, Lombok, Indonezja / Archiwum prywatne
W drodze na wulkan Rinjani, wyspa Lombok, Indonezja. W tle widać 3 wyspy Gili oraz Bali / Archiwum prywatne
W drodze na wulkan Rinjani, wyspa Lombok, Indonezja. 2 600 m.n.p.m. / Archiwum prywatne

Namioty są już rozbite, wkrótce zapadnie zmrok, a że robi się bardzo zimno i ciemno to idę spać. Zaczęliśmy naszą przygodę na 600 m.n.p.m. a obóz rozbijamy na 2600 m.n.p.m. i muszę się Ci przyznać, że te 10 kilometrów pod stromą górę w butach, które mnie obcierają przyprawiły mnie chwilowo o łzy, ale ostatecznie zasypiam z uśmiechem na twarzy.


Baza I w drodze na wulkan Rinjani, wyspa Lombok, Indonezja. 2 600 m.n.p.m. / Archiwum prywatne
   
  
Masz ochotę wybrać się na Rinjani? A być może masz już to za sobą?

Komentarze

  1. Witaj Aleksandro !!! Super wyprawa.Mnie kręci szczególnie dżungla i ten dreszczyk emocji co będzie za zakrętem. W Ekwadorze zdobylem trochę doświadczenia na wulkanach chociaż nie udało się zdobyć najwyższego-Chimborazo bo strasznie sie rozchorowalem.Już wiem ze następnym musi być Rinjani-dzięki Tobie. Pozdrawiam z USA -Marcin.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo za te miłe słowa ! Wulkany są super, i zgadzam się, że dodają dreszczyku emocji ! Ty marzysz o Rinjani a ja o USA więc trzymam kciuki za nas obu byśmy tam szybko dotarli ! :)

      Usuń
  2. Widząc Twoją zaciętość w dążeniu do celu (źle dobrane buty) ,jestem pewien, że wkrótce będziemy czytali jak idziesz przez Grand Canyon :).Niestety istnieje przepaść cenowa między Azją a Ameryką.Ale z tą różnicą sobie poradzisz (targowanie).W razie "w" może coś podpowiem.Pozdrawiam .

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki ! Mam nadzieję, że uda mi się pokonać tą przepaść cenową bo Grand Canyon jest zdecydowanie na mojej "to do list" ! :D

      Usuń
  3. Cześć Olu! Świetny wpis! Gratuluję zdobycia Rinjani! My planujemy odwiedzić Lombok z poczatkiem maja:) Czy mogłabyś zdradzić jaki jest koszt takiego 3-dniowego trekkingu?
    Pozdrawiam
    Asia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej Asiu ! Cena zależy tylko i wyłącznie od Twoich zdolności targowania się. :) Nas było 8 w grupie i każda osoba zapłaciła inną kwotę za dosłownie tą samą rzecz. Ja nie odpuszczam tak łatwo, więc za całość (łącznie z łódką z Gili na Lombook i taksówką przez połowę wyspy) zapłaciłam 1 000 000 IDR czyli ok. 300 zł, natomiast byli też tacy, którzy bez dojazdu, prostu z Lombooku, zapłacili 2 000 000 ID czyli 600 zł. Także jak sama widzisz, cena zależy od Ciebie :)

      Usuń

Prześlij komentarz

Copyright © MILES FROM HOME