1/24/2015

Wulkany Indonezji - Jednodniowa wyprawa na Gunung Sibayak


Wulkan Sibayak, Berastagi, północna Sumatra, Indonezja.

Jest zaledwie 6 rano, lecz ja, zwarta i gotowa stoję już na SM Raja, głównej ulicy Berastagi skąd próbuję złapać cokolwiek, co wywiezie mnie poza miasto. Mija chwila i udaje mi się przywołać małego, zielonego busika (tutejsi nazywają je Kama), który za 3 000 rupii (listopad 2014) czyli około 90 gr. ma mnie dowieźć i wysadzić u podnóża wulkanu Sibayak. Po kilku minutach drogi ledwo zipiący busik odmawia posłuszeństwa. Domyślam się, że się zepsuł, bo nie chce odpalić więc z uśmiechem proponuję, że go popcham. Pcham, pcham ... coś długo pcham i zaczynam się zastanawiać czemu nie zjeżdżamy na pobocze. Po około 100 metrach ciekawość sięga zenitu i wychylam się by zobaczyć, co się dzieje. Okazało się, że wjeżdżamy na stację benzynową, a busik nie był wcale popsuty tylko po prostu zabrakło paliwa ! Ot, taki typowy poranek w Azji. :)

Zależy mi na tym, by dostać się na szczyt jak najwcześniej więc widząc kolejny, pędzący busik, wybiegam ze stacji i pospiesznie do niego wskakuję. Po 15 minutach przejażdżki kierowca sygnalizuje wysiadkę, więc posłusznie wyskakuję z busa, on odjeżdża, a ja rozglądam się po okolicy i coś mi tu nie pasuje. Okolica na pewno nie wygląda jak podnóże wulkanu, stoję na rozstaju dróg gdzieś na przedmieściach, a na dodatek nie ma tu absolutnie nikogo, kogo bym mogła się spytać o drogę. Nie pozostaje mi nic innego jak obudzić ludzi w pobliskim guesthousie. Ogromnie im współczuję, bo ja osobiście byłabym wściekła gdyby ktoś o 6 rano pukał do moich drzwi i pytał o drogę.

Zaspana obsługa tegoż hosteliku z uśmiechem na twarzy tłumaczy mi w jakim miejscu się właśnie znalazłam. Okazuje się, że muszę nadrobić około 30 minut piechotą pod górę, bo wysiadka była zbyt wcześnie. Po dłuższej chwili spaceru pod górę docieram do upragnionego punktu gdzie należy załatwić sprawy administracyjne. Jest to mała, przydrożna restauracyjka na początku szlaku, gdzie uiszczam haracz czyli płacę za coś co ma być biletem wstępu na wulkan (4 000 rupii - 1,2 zł / listopad 2014) oraz wpisuję dane osobowe do magicznego rejestru (czyt. brudnego zeszytu) osób wchodzących na Sibayak. To tutaj, przy tej właśnie restauracyjce busik (Kama) ma w zwyczaju się zatrzymywać.

Mam już bilet, zaopatruję się jeszcze w wodę oraz przekąski i wyruszam na dziewiczą wyprawę na Sibayak wybranym przeze mnie szlakiem nr 1. Na początku trasy idę zwykłą ulicą, na którą można by wjechać jeepem lub skuterem. Ale niech to nie będzie mylące, bo droga jest bardzo stroma i ma mnóstwo zakrętów - nie jest wcale tak lekko jak by się mogło wydawać, ale bardzo trudno też nie jest. Na szczęście pod górę prowadzi tylko jedna asfaltowa (o ile go tam jeszcze coś zostało) droga więc nie ma jak się zgubić.

Po drodze zaczyna śmierdzieć czymś co przypomina zgniłe jajka, lecz smród mi nie straszny, bardziej boję się regularnego huku, który wraz z każdym moim krokiem staje się coraz głośniejszy. Na początku wydaje mi się, że to jakaś stara, głośna ciężarówka, ale w pobliżu nie ma innej drogi oprócz tej, po której się aktualnie poruszam. Później wpadam na to, że to samolot, ale patrzę w niebo i nic aktualnie mi nad głową nie przelatuje. Mam tylko nadzieję, że wulkan na który właśnie wchodzę nie postanowił sobie nagle wybuchnąć. W przewodniku pisali w sumie, żeby zawsze sprawdzać w Internecie czy przypadkiem nie istnieje jakieś zagrożenie w danym regionie, ale ja jak zwykle byłam na tyle podekscytowana, żeby zapomnieć o najważniejszym - o bezpieczeństwie. 


W drodze na szczyt wulkanu Sibayak, Berastagi, Sumatra, Indonezja.

Asfaltowa droga dobiega końca, jestem gdzieś w połowie trasy i próbuję znaleźć końcowy szlak wiodący na szczyt. Jest to bardzo trudne, lecz na moje szczęście, pojawia się miły i uśmiechnięty miejscowy, który wskazuje mi drogę. 

Różnorodność krajobrazu w drodze na Wulkan Sibayak, Berastagi, północna Sumatra, Indonezja.

Początkowo szlak prowadzi przez dżunglę i jest bardzo zielono, później przeobraża się on w suche, skaliste krajobrazy jak na księżycu. Dym, smród i ogromny huk są coraz silniejsze, ale teraz już widzę co jest tego przyczyną. Wulkan Sibayak wciąż wypluwa z siebie siarkę (fachowo, zjawisko to nazywa się solfatara). Pośpiesznie zakładam maseczkę by się nie udusić tym smrodem, lecz jestem o niebo spokojniejsza, bo teraz wiem, że nic mi nie grozi ... chyba ! Bo z tymi wulkanami to nigdy nie wiadomo. Wulkan Sinabung o którym pisałam tu też był od wielu lat dostępny dla miłośników wspinaczki górskiej, do czasu aż postanowił się przebudzić po 400-letniej drzemce w 2010 roku.


Solfatara, wulkan Sibayak, Berastagi, Sumatra, Indonezja.
Opary siarki tuż przed kraterem wulkanu Sibayak, Berastagi, Sumatra, Indonezja.

Do krateru wulkanu Sibayak docieram w 3 godziny (w pół godziny nadrabiam zbyt wczesną wysiadkę, a około 2,5 h wchodzę na szczyt szlakiem nr 1 z 20 minutową przerwą na zdjęcia). Na górze jest bardzo zimno więc pospiesznie ubieram bluzę i kurtkę by nie wychłodzić rozgrzanego wspinaczką organizmu. Gdy docieram do krateru mgła jest bardzo gęsta i z trudem widzę na odległość kilku metrów. Nie jestem w stanie zobaczyć ani dna, ani brzegów krateru. Po dłuższej chwili chmury ustępują i to co ukazuje się moim oczom, to widok niczym z kosmosu. W kraterze widzę urokliwe, błękitne jezioro, a wokół skały, które wyglądają jakby porozrzucała je jakaś magiczna ręka. Obowiązkowo schodzę w dół krateru, do samego jeziora i obchodzę krater do okoła.

Krater wulkanu Sibayak, Berastagi, północna Sumatra, Indonezja.
Krater wulkanu Sibayak, Berastagi, północna Sumatra, Indonezja.
 
Po wybadaniu prawie każdego zakątka krateru nie mam ochoty jeszcze wracać, a że widzę obok całkiem niezłą górę, to wpadam na pomysł, żeby się na nią wspiąć. Na szczyt docieram w jakieś 25 min z dołu krateru i nie jest to łatwe zadanie. Jest ślisko i stromo ale warto tam wejść !  Na szczycie ponownie zaskakuje mnie piękno krajobrazu i zanim schodzę w dół rozkoszuję się widokiem i jem drugie śniadanie.  


Krater wulkanu Sibayak widziany z pobliskiej góry, Berastagi, Sumatra, Indonezja.

Krater wulkanu Sibayak widziany z pobliskiej góry, Berastagi, Sumatra, Indonezja.

W guesthousie polecili mi, abym schodziła tą samą drogą którą wchodziłam, ponieważ dwa pozostałe szlaki są zbyt niebezpieczne i konieczny jest przewodnik. Prawda jest taka, że tylko szlak nr 3 jest niebezpieczny, bo prowadzi przez dżunglę. Szlak nr 2 wcale taki niebezpieczny nie jest , ale jest jeden problem - bardzo ciężko jest go odnaleźć. Ponownie, na moje szczęście pojawia się grupa lokalnych chłopaków, którzy wskazują mi drogę, więc żeby nie było nudno to schodzę szlakiem nr 2 i absolutnie nie żałuję tej decyzji. W przewodniku Lonley Planet z 2014 roku wyczytałam, że szlak nr 2 to w większości trasy schody w dół. Schody może i tam były, ale 20 lat temu ! Teraz wszystko zarosło i zejście przypomina raczej trekking po dżungli. Tą trasą schodzę około 2 h - jest ona dużo krótsza ale o wiele trudniejsza. Jest bardzo ślisko, i jak to po deszczu bywa, jest dużo błota. Po drodze moje buty odmawiają przyczepności, ślizgam się niesamowicie i kilkukrotnie ląduję tyłkiem w błocie, w efekcie czego jestem umorusana jak świnka. :)

Szlak się kończy, zaczyna się droga i docieram do wioski Semangat Gunung znanej również jako Raja Berneh. Jestem dumna ze swojego wyczynu i postanawiam zafundować sobie nagrodę - kąpiel w gorących źródłach. Wybór pada na źródła, które mają duży wybór basenów oraz widok na wulkan, który przed kilkoma godzinami odwiedziłam. Płacę 10 000 rupii (3 zł/listopad 2014), wskakuję do basenu, podziwiam widoki i odpoczywam. Po takim trekkingu, źródła u stóp szlaku są naprawdę zbawieniem !

Gorące źródła w wiosce Semangat Gunung a w oddali wulkan Sibayak, Berastagi, północna Sumatra, Indonezja.

Z wioski Semangat Gunung mam złapać busik, który regularnie jeździ do Berastagi, ale busika dziś nie ma i nie będzie, nawet lokalni nie mają pojęcia dlaczego. W dość sporej ulewie idę na przystanek dwie wioski dalej, co zajmuje mi około 2 godziny. Gdy w końcu docieram do przystanku, nadjeżdża bus, lecz od razu widzę, że nie wszyscy się do niego zmieścimy. Ja mam (nie)szczęście i zostaję wepchnięta do środka, gdzie wszystkie miejsca (stojące i siedzące) są już w sumie zajęte. Jest parno, okna są pozamykane i wszyscy podróżnicy palą papierosy, strzepując popiół na podłogę. Cała reszta jedzie na dachu, a ja żałuję, że nie mogę razem z nimi powdychać świeżego powietrza. Po 20 minutach rozpoznaję swój guesthouse i daję znak kierowcy, że wysiadam. Jest już 17, jestem w hostelu i zamawiam moje ukochane Mie Goreng (smażony makaron z warzywami) z uśmiechem na ustach, dumna z dzisiejszego wyczynu. 

------------------------------------------------------------------------------------------------

Dokładne wskazówki i porady na temat wspinaczki na wulkan Sibayak znajdziesz tutaj. Jeśli poszukujesz info o cudownym Jeziorze Toba zapraszam tutaj, a jeśli pragniesz odwiedzić Bukit Lawang i orangutany to tutaj.

Aleksandra M.

27-letnia podróżoholiczka z Kołobrzegu, która czerpie z życia ile się da. Chodzi z głową w chmurach i świadomie nie zamierza schodzić na Ziemię. :) Ma ogromną nadzieję, że post się podobał, i że zaraziła Cię choć troszkę miłością do podróżowania.

8 komentarzy:

  1. Wulkany sa super, ale czekam tez na rajskie plaze z niecierpliwoscia

    OdpowiedzUsuń
  2. Krajobraz na wulkanie jak po wybuchu bomby. Ale czyż wulkan nie jest taką naturalną tykającą bombą? :) Świetna relacja, w sam raz na rozpoczęcie wyjazdowego weekendu :)
    Miłego dnia! :*
    PS: Właśnie, jaka jest różnica czasu między nami?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aha, już widzę. U mnie jest 31 stycznia, godzina 4:41 rano. Czuję się, jakbym się cofnęła w czasie :D

      Usuń
    2. Aż 7 godzin różnicy jest. Faktycznie , u mnie sie wszystko dzieje najpierw :-)

      Usuń
  3. pięknie, Indonezja moje marzenie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I obyś z niego nie rezygnowała, bo Indonezja jest cudowna. Jest to mój azjatycki faworyt jak narazie ! ;-)

      Usuń
  4. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2017 MILES FROM HOME